2010-12-22

Pierwszy człowiek kota


"Cudownie jest być pierwszym człowiekiem w życiu kota" - pomyślałam, leżąc obłożona futrzastymi.  Tradycyjnie na mojej głowie ulokował się Cookie mrucząc - jak to on - bardzo głośno. Jego mruczenie zaintrygowało Mię, więc przyszła zobaczyć co się dzieje. Delikatnie weszła na moją klatkę piersiową. Usiadła. Ałć! Łapa w oku. Mia zaczęła badać moją twarz - najwyraźniej mruganie uznała za zachętę do zabawy, bo jeszcze kilka razy jej łapka lądowała na moim oku. I na ustach. I jeszcze "pac!" w nos!


W tym czasie Cookie ułożył się już do snu, więc i Mia się uspokoiła. Położyła się na mojej szyi, przy samej twarzy, a trzy z jej łapek miałam w zasięgu nosa, oka i ust. Tak mogę zasypiać codziennie.


"Pierwszym człowiekiem" nazywam tego, który kota oswaja, po raz pierwszy daje mu ciepło i miłość, pokazując, że człowiek jest dobry. Cookie był bardzo mały, jak trafił do nas. Bisou, Piorun, Ninka - a teraz także Mia i Szelma - to koty, które nie znały wcześniej dotyku człowieka. Muszę uściślić, że Mia spędziła jeden dzień w innym domu, zanim do mnie trafiła - ale była całkiem dzika. Teraz już można ją pogłaskać, nie ucieka jak tylko człowiek się do niej zbliża.

Bajka
Bajka jest pierwszą dorosłą kotką, która do mnie trafiła. Niestety nie mogłam zabrać jej ze sobą na Święta, więc musiała przenieść się do innego domu tymczasowego. Mam nadzieję, że szybko trafi do własnego dobrego domu!

2010-12-21

Urodziny Ciastka

Cookie

Cookie kończy dzisiaj siedem miesięcy. Nie wiem nawet kiedy stał się całkiem poważnym i statecznym kocurem. Jednak jego szaleństwa wieczorową porą dalej stanowią świetną rozrywkę dla wszystkich. Teraz do towarzystwa ma nie tylko Bisou, ale również Mię.


Jednak, mimo że Ciastek jest najstarszy z towarzystwa, ma najwięcej energii i chęci do zabawy. Być może wpływ na to ma również żywienie - Cookie odkąd skończył cztery tygodnie żywiony jest BARF-em i wyrósł duży, silny i umięśniony - bez grama zbędnego tłuszczu. BARF to naturalna metoda żywienia, a skrót pochodzi od Biologically Apropriate Raw Food. Ale o barfie napiszę innym razem.


Koty dostały w prezencie laserek(a może to bardziej prezent dla nas?). Teraz można wybiegać futrzaki nie wstając z kanapy - Cookie szaleje w pogoni za czerwoną kropką; rozwija iście gepardzie prędkości, skacze po ścianach, ślizgiem wchodzi w zakręty. I tylko czasami wydaje się kojarzyć uciekającą kropkę ze światełkiem, kóre trzymam w dłoni - i przez moment na jego buzi widać zastanowienie. Szybko jednak porzuca zbędne myślenie i wraca do akcji.
Zbliżają się pierwsze Święta kotów. To oznacza również pierwsze spotkanie z choinką. Ciekawe, jak koty zareagują na drzewo w domu :) Może pomyślą: "O, nareszcie odpowiednio duży drapak!". 

Mia


2010-12-20

Międzylądowanie we Wrocławiu



Asmi i Mia

W ciągu ostatnich paru dni liczba kotów w moim domu przerosła ilość ludzi, a Kocia Kołyska stała się Kocim Kurierem. W czwartek trafił do nas Asmodeusz(Asmi), który jechał z domu tymczasowego w Legnicy do domu stałego w Krakowie. Razem z nim przyjechała cudowna dwumiesięczna szylkretowa kicia, jeszcze odrobinę dzika. Kotka dostała na imię Mia. To maluch o wyjątkowym tupecie, niczego się nie boi, wszystko musi sprawdzić i nie chodzi, a biega. Jeszcze uczę ją, że ludzie są równie fajni jak koty - bo na razie zakumplowała się głównie z Cookiem i Bisou.


 
Asmi to z kolei kocurek uwielbiający ludzi: wchodzi na kolana, gdy tylko się usiądzie, śpi w łóżku przytulony do człowieka, płacze, gdy tylko zostanie sam. Jest kompletnie bezproblemowy. Podróż do Krakowa (bo od soboty jest w Krakowie)i nowy dom nie zestresowały go wcale. Chętnie natomiast rozmawiał ze mną w czasie drogi, od czasu do czasu sprawdzając, czy dalej jestem obok i pamiętam o nim. Pewnie też pytał: "Daleko jeszcze?" 


Asmi

W drodze powrotnej z Krakowa do Wrocławia towarzyszyła mi Farbka, która jechała do swojego domu we Wrocławiu. Farbka zamieszkała u mojej przyjaciółki i zmieniła już imię.
Ach, jest jeszcze Bajka - absolutnie bajkowa kicia, uratowana z piwnicy, w której została zamknięta. Nieprzychylni kotom mieszkańcy zabili deskami okienka, przez co kotka nie miała jak wyjść, żeby zdobyć pożywienie. Wcześniej zabrano jej kocięta. Wolę nie myśleć, co się z nimi stało :(
Bajka miała jechać ode mnie do domu w okolicy Pyrzowic, jednak musi poczekać na swój prawdziwy dom, w którym człowiek będzie ją rozumiał, szanowal i uwielbiał. Bajka jeszcze trochę się boi, ale potajemnie - w nocy - przytula się do nas :)




2010-12-09

Zabawki dla kota


Kocie zabawy to temat rozległy i zróżnicowany, a przy tym szczególnie dla człowieka interesujący. Dlaczego? Ano… znudzony kot to brojący kot. Jeśli nie ma zabawek albo zużył już cały ich potencjał, szybko znajdzie coś rozrywkowego w szafie czy na kuchennym blacie. Pół biedy, jeśli będzie to korek od wina lub plastikowa butelka – wtedy po prostu z głębokiego snu wyrwie nas hałas, w ciszy wypełniającej noc przypominający spadający samolot. Może się jednak zdarzyć, że po powrocie do domu zastaniemy kota biegającego w damskich stringach lub pończochach, co niekoniecznie jest wymarzoną sytuacją.
Piłeczki pianki, pomponiki z piórkiem, myszki, piłeczki z grzechotką, piłeczki pingpongowe, wędki z zabawkami, futrzana kula na gumce, mysz-sprężyna… Z reguły koty mają swoje ulubione zabawki. Bisou to urodzony piłkarz, a najlepsza piłka to piłka-pianka, bo można ją nosić  pysku. Jeszcze mu się nie znudziła, biega z nią – kopiąc – po całym domu. Dla Cookiego nic nie przebije pomponika z piórkami; biega z nim po całym domu, nosi w pysku, podrzuca i łapie, namiętnie obrywa piórka. Często znajdujemy pomponik rano w łóżku, bo go przynosi, żebyśmy się z nim bawili.
Oba koty uwielbiają wszelkie wędki. Najlepiej, żeby zabawka była na gumce i miała futro lub pióra. Jednak bardzo różnią się stylem zabawy… Cookie poluje na uciekającą zabawkę, goni ją, skacze bardzo wysoko. Bawi się aktywnie. Bisou… leży i czeka, aż zabawka znajdzie się w zasięgu łapy Po co się wysilać?
Dobrze jest zabawki od czasu do czasu chować, żeby nie były w użyciu cały czas te same, bo kotom szybko się znudzą. Od czasu do czasu można im urozmaicić repertuar, rzucając kulkę paieru (najlepsze jest sreberko po czekoladzie) czy zakrętkę od plastikowej butelki – taka zdobycz staje się na chwilę wyjątkowo atrakcyjnym łupem. Koty uwielbiają włazić do reklamówek – trzeba tylko przeciąć ucha reklamówki, żeby kot się nie udusił. Pudełka! Można bawić się w twierdzę: ja bronię, ty zdobywasz. A potem na odwrót.
Pudełka też świetnie nadają się do spania…

2010-12-06

Koty i kocięta


Koty to zupełnie inne zwierzęta niż psy. Pies, z reguły – choć nie dotyczy to większości akit - cieszy się spotykając przedstawiciela swojego gatunku. Kot potrzebuje czasu, żeby zaakceptować drugiego kota. Nie ma szans na zabawę od razu, w myśl zasady: z obcymi się nie zadajemy.


Dużo oczywiście zależy od indywidualnego charakteru kota. Cookie jako Najważniejszy Domownik, kiedy pojawia się obcy kot w domu chodzi obrażony. Nie daje się dotknąć i głosno wyraża swoje niezadowolenie – to nam się obrywa za sprowadzenie intruza. Tak było z kociętami, które były u nas tymczasowo.
Kocia ciekawość jest bardzo silna, dlatego Cookie co chwilę sprawdzał co to jest, to małe na kolanach i jakim prawem otrzymuje tyle pieszczot. Zarówno w przypadku Pioruna, jak i Ninki(małej czarnej), oba kocury najpierw odganiały zainteresowane kontaktem kociaki. Młode musiały przejść przez serię pacnięć łapą i ostrzeżeń dźwiękowych, żeby dobrze wiedziały, gdzie ich miejsce. Ta faza trwała dzień lub dwa.


Bisou wykazuje więcej cierpliwości i łagodności względem maluchów, szybciej zaczyna się z nimi bawić, a względem Ninki był wyjątkowo opiekuńczy: mył ją i tulił – nawet, kiedy ona nie chciała J

Spotkanie z dorosłymi kotami wyglądało zupełnie inaczej. Kiedy pojawiły się dwie trzyletnie kotki, bardzo niechętne jakimkolwiek kontaktom z moimi kocurami – te nie odstępowały ich na krok. Cookie łaził za kocicami niezrażony prychaniem i łapoczynami, a Bisou kręcił się ciągle w pobliżu, śpiewając im serenady. Dodam, że z całego towarzystwa tylko Bisou nie był jeszcze wykastrowany. Czyżby wśród kotów panowała zasada, że im bardziej kotka kota odpycha, tym bardziej jest zainteresowany?
Chłopaki mają dużo możliwości kontaktów wewnątrzgatunkowych, ponieważ cała moja rodzina pełna jest kotów. Weekend spędziliśmy w domu rodziców, gdzie od prawie ośmiu tygodni mieszkają dwa cudowne kociaki. „Bliźnięta” trafiły do rodziców jak miały 3-4 tygodnie. To kolejne kocięta, które straciły mamę, a same by nie przetrwały. Maryś i Ryś wypełniły pustkę po Cookiem, który spędził u rodziców miesiąc „wakacji”. Teraz w domu słychać ciągle wybuchy śmiechu, bo bracia dostarczają niezłej rozrywki.
A Iru przygląda się wszystkiemu ze stoickim spokojem...


2010-12-01

Kot w pustym mieszkaniu

Tak często zdarza się, że do schroniska trafiają koty-seniorzy. Jak widzę ośmio-, trzynasto-, piętnastoletniego kota, który trafił do schroniska, bo: jest chory, znudził się, za głośno chrapie albo po prostu jego ukochany człowiek trafił do szpitala lub umarł - a dzieci nie chcą starego kota - serce mi się kraje. Wierni przyjaciele, długoletni towarzysze życia stają się niepotrzebnymi przedmiotami. Dla starego kota schronisko to wyrok śmierci. Wpadają w depresję. Nie chcą już żyć.

Przypomina mi się niezwykle wzruszający wiersz Wisławy Szymborskiej,
Kot w pustym mieszkaniu.

Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.

2010-11-28

Początek zimy

Za oknami biało! To niewiarygodne, jak szybko w tym roku Zima zaatakowała. Ciekawe, czy będzie na tyle dużo śniegu na balkonie, żeby pokazać go kotom? 
Zbliżają się Święta. Nie mogę doczekać sie tegorocznej wigilii, bo - po raz pierwszy - spędzimy ją z Cookie i Bisou. Ale nie tylko! Z okazji Bożego Narodzenia w domu rodziców spotkają się dwa psy i sześć kotów. Parę razy była już okazja do spotkań, więc powinno obejść się bez ofiar. No chyba, że ofiarą kotów padnie choinka...
Przed rodzinnym zjazdem planuję wykastrować Bisou, żeby nie umilał nam nocy swoimi śpiewami. Niektórzy powiedzieliby, że to za wcześnie - Bisou będzie miał przed świętami 5 miesięcy - ale ja jestem zwolenniczką wczesnej kastracji. Wrócę jeszcze do tego tematu, a tymczasem wstawię zdjęcie Małej Czarnej już z nowego domu:


Cieszy mnie jej ufne spojrzenie :)

2010-11-22

Oswajanie


Koty zmieniły nasze życie o 180 stopni. Wniosły do domu energię i radość, dostarczając więcej rozrywki niż telewizja kablowa – której zresztą nie mam. Obcowanie z kotami daje mi codziennie satysfakcję, a największym zaszczytem jest, kiedy ten niezależny drapieżnik wtula się, mrucząc, w moją głowę czy przyjdzie ułożyć się na kolanach. Kocie zachowania i psychika są fascynujące i móc dowiadywać się o nich więcej każdego dnia, widzieć jak się zmieniają to prawdziwa frajda. Tak, kot to element dzikiej natury, z którym możemy obcować, ale nie możemy nim zawładnąć…
Szybko okazało się, że jeden kot to za mało. Nie tylko dlatego, że potrzebny był drugi, żeby każde z nas miało kogo głaskać – również, a może przede wszystkim – dlatego, że uważam za niesprawiedliwe i niezgodne z naturą uniemożliwienie kotu kontaktu z własnym gatunkiem. Dlatego pojawienie się drugiego kota było kwestią czasu. Bisou – prawdziwy dachowiec rodem z Francji – zamieszkał z nami pod koniec września, kiedy jeszcze byliśmy na słonecznych wakacjach.
Ponieważ w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przyszło mi oswajać trzy dzikie koty – Bisou, Pioruna i Czarną - sporo czytałam na ten temat, a teraz mam także własne przemyślenia. Może się zdarzyć, że stanie na naszej drodze kot – dziki kot - kociak z piwnicy lub też dorosły kot ze schroniska, często po traumatycznych przejściach. Koty z ulicy zazwyczaj traktują ludzi jak zagrożenie, zwłaszcza, jeśli mają przykre doświadczenia. To oznacza, że taki kot, kiedy znajdzie się w domu, wśród ludzi, będzie przerażony. Na wolności kocięta muszą zachowywać dużą ostrożność. Uczą się od matki, że każdy dźwięk, każdy ruch mogą stanowić zagrożenie, dlatego są one bardzo płochliwe(Bisou do tej pory płoszy się bardzo łatwo). Uczą się także, kto stanowi niebezpieczeństwo – i zarówno psy, jak i ludzie trafiają do tej kategorii. Dlatego, kiedy dziki kot znajdzie się w nieprzyjaznym – w jego odczuciu – otoczeniu, naturalnym jest, że syczy, prycha, wystawia pazury i szuka możliwości ucieczki, często spędzając większość czasu w ukryciu. Zdarza się, że przerażenie kociaka prowadzi nawet do ataków na człowieka – ale trzeba pamiętać, że kot robi to ze strachu, a jest mały i niegroźny.
Są dwie metody oswajania „dzikusów”: pierwsza polega na cierpliwym oczekiwaniu, aż kot się przełamie. My w tym czasie normalnie żyjemy, pozwalając kotu poznać otoczenie, oswoić się z dźwiękami i zapachami, a także z obecnością człowieka, jednak nie zmuszając kota do niczego i nie zwracając na niego uwagi.
Podoba mi się ta metoda, bo u jej podstaw leży cierpliwość i szacunek do kota. Druga metoda to metoda „na siłę”. Polega ona na ograniczeniu kotu przestrzeni i zmuszeniu go do kontaktu z człowiekiem, po to, żeby szybciej przekonał się, że człowiek nie zrobi mu krzywdy. Obie metody mają swoich zwolenników i przeciwników, a ja uważam, że sposób postępowania musimy dopasować do kota – nie odwrotnie. Kiedy mamy do czynienia z kociakiem, lepiej zastosować metodę „na siłę”, bo bardzo szybko osiągniemy rezultaty – a to również kociakowi oszczędzi stresu.
Kiedy przywiozłam Pioruna do domu, zamknęłam go w łazience, gdzie miał oczywiście miseczki z wodą i jedzeniem oraz kuwetę. Po paru minutach przyszłam do niego (a właściwie po niego), zaopatrzona w grube robocze rękawice i ręcznik. Po wizycie u weterynarza i wyciąganiu go spod szafki, wiedziałam już, że będzie trudno – ale nie zamierzałam dać się ugryźć po raz drugi. Kociak uciekał strącając wszystko po drodze, zaliczając pralkę, umywalkę i wannę. Zapędzony do rogu syczał, prychał i rzucał się z pazurami na rękę, a próbując uciec wspinał się po kaflach. W końcu udało mi się złapać go w wannie – wyrywał się, starał się mnie podrapać i ugryźć, ale trzymałam go mocno i pewnie. Szybkim ruchem owinęłam go ręcznikiem w taki sposób, żeby z tobołka wystawała tylko głowa. Wtedy już mogłam zabrać go z łazienki. Następne godziny spędziłam przed telewizorem (polecam puścić dobry film) głaszcząc kota, ale nie patrząc mu w oczy. Głaskanie dzikiego kociaka należy rozpocząć od tyłu głowy, stopniowo przechodząc ku uszom, skroniom i podgardlu. Czytałam gdzieś o takim sposobie i postanowiłam go wypróbować: trzeba wziąć wacik zamoczony (i odciśnięty) w ciepłej wodzie i tym wacikiem „głaskać” kociaka - co ma imitować wylizywanie przez matkę. Spróbowałam - i okazało się to dobrym pomysłem; Piorun - jak później nazwała go jego opiekunka – rozpłynął się pod wpływem ciepła i pieszczot! Jeszcze tego samego wieczoru leżał na moich kolanach, mrucząc jak traktor i wystawiając brzuszek do głaskania, a ręcznik nie był już potrzebny. Z tego wieczoru pochodzą wszystkie zdjęcia, chociaż obiektyw jeszcze budził w nim przerażenie.

Stosując tę metodę – którą należałoby nazwać „na pieszczoty”, zamiast „na siłę - trzeba pamiętać o kilku podstawowych zasadach:
  1. Nie patrzymy kotu w oczy, a kiedy on spojrzy, my odwracamy wzrok. Jeśli kot patrzy nam w oczy cały czas, to my powtarzamy sekwencję: spojrzenie w oczy – zmrużenie oczu - odwrócenie wzroku. W ten sposób dajemy kotu do zrozumienia, że mamy dobre intencje.
  2. Warto zrobić wszystko, żeby pachnieć tak, jak on – można np. wytrzeć dłonie w cos, na czym leżał.
  3. Równie ważny jest głos, dlatego powinno się przemawiać do kota łagodnym, opiekuńczym, spokojnym głosem. To my musimy zachować spokój w tej sytuacji, bo kot wyczuje nasze zdenerwowanie.
  4. Dziki kociak powinien na początku przebywać na ograniczonej, zamkniętej przestrzeni. Może to być klatka (odpowiednio duża), mały pokój lub łazienka.
Chodzi o to, żeby kociak nie schował się gdzieś w zakamarku, żeby mógł cały czas obserwować ludzi i oswajać się z codzienną krzątaniną, ale także, żeby można było łatwo wyciągnąć go na sesję głaskania. Takie sesje, choćby piętnastominutowe, należy powtarzać kilka razy w ciągu dnia. Można również przychodzić do kota i spędzać czas w pobliżu, np. siadając na podłodze z książką, czy rozmawiając przez telefon.








2010-11-21

Czy to tata?


Spokojny niedzielny wieczór. Cookie zasnął rozanielony po krótkiej sesji ssania włosów. Bisou z drugiego pokoju woła, że głodnonudnoiwogóle, więc zawołałam go do nas. Przyszedł miaucząc śpiewnie, trochę pogadaliśmy i uzgodniliśmy, że najpierw trzeba zaspokoić głód :) Mam nadzieję, że następne w kolejce są harce, gonitwy, fikołki - bo jak nie teraz, to kiedy? Wiem, o 5 rano...
Kocury spędziły cały weekend ze mną u rodziców, socjalizując się z dwoma kolejnymi kociakami. Ale o tym napiszę innym razem.

Na zdjęciu powyżej jest kocur, którego podejrzewam o bycie ojcem Bisou. To on przechadzał się po okolicy niczym pan po swoich włościach, a mieszkał bardzo blisko kryjówki Bisou i jego mamy. Zastanawiając się nad możliwością narodzin niebieskiego kocięcia z czarno-białej mamy i pręgowanego kocura, zaczęłam zagłębiać się w zawiłe tajniki dziedziczenia umaszczenia. Nie wiem, czy jestem dzięki temu mądrzejsza, ale wygląda na to, że ten kocur mógł być ojcem mojego Francuza. To jednak na zawsze pozostanie jedynie moim niepotwierdzonym podejrzeniem - testów na ojcostwo brak ;)


2010-11-17

Cookie i Bisou - znowu w dwójkę


Spodziewałam się widocznej tęsknoty za Czarną ze strony Bisou, jednak nic takiego nie nastąpiło. Koty nieustannie mnie zaskakują. Na przykład, kiedy budzę się z Bisou na głowie, podczas gdy zasypiałam w rytm mruczenia Cookiego :)
Wyjazd małej spowodował, że Bisou zwrócił się bardziej - z powrotem - w naszą stronę. Nie chodzi już po domu płacząc i śpiewając, zamiast za małą - gania za piłką, wrócił też do spania w łóżku. Bardzo mnie to cieszy!
Mała dzisiaj deptała swoich dużych w nocy, więc mniej się o nią martwię.
Kotka była u nas 12 dni, zdecydowałam się zabrać ją do siebie, kiedy wszyscy jej bracia i siostry wyjeżdżali do nowych domów, a ona miała czekać aż do 15 listopada. Zostałaby zupełnie sama, w miejscu, w którym nie miała szans na oswojenie - skoro przez dwa tygodnie pobytu w owym domu nie było postępu. To dlatego, że kocięta nie mieszkały w domu z ludźmi, tylko w suszarni w suterenie. Nie miały kontaktu z człowiekiem, poza karmieniem i sprzątaniem. Były bezpieczne, ale nie miały szans się oswoić - kiedy je zabierałysmy, wszystkie były tak samo dzikie jak dwa tygodnie wcześniej, zaraz po złapaniu.
Oswajanie małej szło trochę wolniej niż Pioruna. Myślę, że to przez te dwa tygodnie w niewoli, bez miłości i bliskości człowieka. Piorun trafił do nas prosto z zimna i głodu, więc szybko rozpłynął się pod wpływem pieszczot i miłości. Ona pozostawała nieufna i płochliwa, mimo że pokochała mizianie i mruczeniem przewyższała nasze koty. Z nią trzeba było postępować inaczej niż z Piorunem. Szybciej wypuścilismy ją z łazienki, bo kuweta nie stanowiła problemu, a miałam wrażenie, że kontakt z Cookiem i Bisou przyspieszy proces oswajania. I tak się stało. Zapatrzona w chłopaków malutka naśladowała mistrza Cookiego. Noce chętnie spędzała w łóżku, przytulona do mojej głowy - tak, jak Cookie. Tak jak on również ocierała się o nogi, kiedy przygotowywałam jedzenie i chodziła za mną do łazienki.
Stała się niesamowitym pieszczochem - i pieszczoty odwzajemniała. Bardzo lubiła lizać nas po twarzy: spokojnie wylizywała powieki, policzki, nos swoim szorstkim językiem. Tak intensywnie to robiła, że niekiedy zaczynała iskać - co dla powieki było odrobinę zbyt mocną pieszczotą...
Zamiast spodziewanej rozpaczy Bisou - odzyskaliśmy kota :) Nie czujemy też wielkiej pustki z powodu jej braku. Być może znaczy to, że nie była nam przeznaczona i trafiła na swoje miejsce?
Cookie zaliczył dzisiaj wizytę u weta. W transporterku, który - jak się okazało - bardzo lubi, bo nieraz znajduję go w środku :) Cookie jest spryciarzem i wariatem, niczego się nie boi - jak kaskader Bobo z reklamy Friskies :) Skacze po meblach, wyskakuje w górę na wysokość 2/3 framugi czy okna balkonowego, robi salta w powietrzu i zawsze pierwszy jest przy drzwiach. Musiałam opracować system wychodzenia z domu, żeby kot nie prześliznął się między nogami. Wielką frajdę sprawia mu ucieczka na klatkę schodową; zbiega błyskawicznie piętro niżej i tam czeka, aż po niego przyjdę... Parę dni temu nauczył się otwierać drzwiczki szafki, w której stoi śmietnik - i się opłaciło, znalazł kawałek surowego korpusu kurczaka... Dobrał się od zewnątrz do misek transportera, w których było trochę suchego (na przekupstwo, jak jedziemy do weta). Wczoraj natomiast zaskoczył wszystkich próbując wypuścić małą z transportera... Chwycił zębami za klamkę i ciągnął. Nie udało się zębami, to może łapką? Niewiele brakowało... mogę się spodziewać, że jeszcze opracuje sposób :) 

Telewizja śniadaniowa: Sikorki

Pora na poranną gimnastykę szyi i mięśni twarzy :)

video

2010-11-16

Mała Czarna w nowym domu


Nie zdążyłam jeszcze opowiedzieć o małej Lizzie, a już jej nie ma z nami. Całe szczęście przeprowadziła się jedynie do innego - swojego już - domu. Na pewno będzie jej dobrze, trafiła do fajnych ludzi. Tylko na razie jest taka przerażona... jak sobie wyobrażę, jak mała musi się bać, ogarnia mnie smutek. Pocieszam się, że w ciągu paru dni się przyzwyczai, a za tydzień będzie już panią na włościach :)
Nie wiem za to, jak zniosą to chłopaki, zwłaszcza Bisou...




Kot dla czarownicy. Oswajanie Pioruna

Dzisiejszy dzień zaczął się - jak zwykle - wcześnie... A pobudka wyglądała mniej więcej tak, jak w tym filmiku: Simon's Cat.


Nadszedł czas rozstania się z Oczko vel Lizzie vel Mała Czarna - dzisiaj pojedzie już do swojego domu. Myślę, że to w takim razie dobry moment, żeby opowiedzieć jej historię.
Oczko wraz z czworgiem rodzeństwa urodziła się prawdopodobnie w baraku na opuszczonej działce. Przez pierwsze tygodnie życia kocięta bawiły się i dorastały pod czujnym okiem swojej mamy. Dokarmiała je Patrycja, ale mimo to zarówno mama, jak i kocie dzieci były zupełnie dzikie. Ich nieszczęściem była bliskość bardzo ruchliwej ulicy. Pod koniec października spotkała je tragedia, która przewróciła znajomy świat do góry nogami: ich mama zginęła pod kołami samochodu. Zrobiło się zimno i zaczął doskwierać głód, zniknęło poczucie bezpieczeństwa.
I wtedy wkroczyli ludzie. Dzięki Izie, Patrycji i Marcie najpierw udało się złapać cztery kociaki, które trafiły do pewnej pani pomagającej kotom na "przechowanie" do czasu znalezienia im domów. Były to cztery czarne jak smoła kocięta, trudno było je od siebie odróżnić...



Czwarty kociak był inny - jak się później okazało - dymny.  Nie dał się złapać przez kolejne cztery dni, mimo wielu prób. Bardzo się o niego bałyśmy, bo noce stawały się coraz zimniejsze, a on został całkiem sam, przerażony. W końcu, we wtorek, odbieram telefon: "Jest!" Od razu zawiozłyśmy go do lecznicy na odrobaczenie i odpchlenie. We mnie już wtedy rodziła się myśl, żeby tego ostatniego oswajać w domu, żeby poznał wszystkie domowe dźwięki i miał ciągły kontakt z człowiekiem. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
Kocurek był tak przerażony, że ze strachu atakował. Nasz kontakt zaczął się od wyciągania go spod szafy w gabinecie weterynaryjnym, kiedy - ku naszemu zaskoczeniu - okazało się, że kot potrafi latać... Po otwarciu drzwiczek transportera wystrzelił jak kula armatnia i, wywracając wszystko po drodze, uciekł w panice na oślep do drugiego pomieszczenia. Próbował wchodzić po ścianie, byle uciec. Ugryzł mnie, Izę podrapał, a jego ostatnią ofiarą była tubka z vetminthem, której odgryzł czubek. Ale udało sie, zjadł pastę na odrobaczenie i dostał kropelki odpchalające na kark. Trafił spowrotem do transportera, a ja już byłam pewna, że biorę go do nas.
W domu dostał do dyspozycji łazienkę. To bardzo ważne, żeby taki mały dziki kotek miał ograniczoną przestrzeń, w której nie będzie mógł uniknąć kontaktu z człowiekiem. Od razu również postanowiłam pokazać mu, że lubi pieszczoty, tylko jeszcze o tym nie wie...
Kociak w łazience zrobił to samo, co u weterynarza. Dosłownie latał po ścianach, wspinał się po kaflach pionowo w górę, syczał, prychał i - przyparty do muru - rzucał się na ręce, czy twarz. Nie dałam za wygraną. Miałam na rękach grube rękawice i w zanadrzu ręcznik, wiedziałam też, że nie mogę się bać - wystarczy, że on umiera z przerażenia.
Po złapaniu, zawinęłam go w ręcznik, tak, żeby nie mógł uciec, ani mnie podrapać. Krzysiek podał mi miseczkę z ciepłą wodą i waciki... Spokojnie, sukcesywnie, zaczynając od tyłu głowy, zaczęłam go "głaskać" ciepłym, wilgotnym wacikiem, naśladując wylizywanie. Kociak zaczął mruczeć. Godzinę później nie potrzebowałam już ręcznika, a maluch nadstawiał do głaskania brzuszek, prężył się na kolanach i bawił się palcami - mrucząc przez cały czas. Spędził cały wieczór na naszych kolanach.
Oto Piorun pierwszego wieczoru:


Piorun - bo tak został nazwany przez swoją nową opiekunkę Gosię - był pierwszym kotem, który trafił do nas "na chwilę". Jego oswajanie poszło piorunem, dając nam ogromną satysfakcję. Już następnego dnia bez problemu obcięłam mu pazurki, jadł z ręki i ocierał się o twarz. Okazało się, że uwielbia pieszczoty i przy każdym dotyku włącza mruczando :) Jak tylko nauczył się korzystać z kuwety, wypściliśmy go z łazienkowej niewoli. Był u nas tylk 2,5 dnia - gdyby został dłużej, chyba nie dalibyśmy rady się z nim rozstać. A tak ma swój dom i całą miłość człowieka dla siebie :) Cudowny kot!